W drugiej połowie maja miałem ponownie okazję odwiedzić Karpaty Wschodnie. Tym razem wędrowałem przez pasmo Połoniny Borżawy oraz Połoniny Krasnej. Wędrówka z plecakiem przez te pasma daje bardzo dużo emocji z powodu kontaktu z tak rozległymi połoninami, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć.
Na miejsce zbiórki
naszej wyprawy stawiam się w Przemyślu, skąd najlepiej rozpocząć
swoją podróż w tamte rejony. Po 6-godzinnej podróży pociągiem,
niewyspany spotykam przed dworcem swoich pozostałych 3 kompanów z
którymi będę dzielił trudny wędrówki. Z Przemyśla udajemy się
busem, które kursują z dworca PKS w Przemyślu na granicę w
Medyce. Na szczęście tłoku nie ma i nasze duże plecaki bez
problemu rozlokowujemy wewnątrz pojazdu. Przekroczenie granicy
okazuje się być przysłowiową bułką z masłem. Kontrole
graniczną po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie przechodzimy z
marszu lekko zdziwieni brakiem jakiejkolwiek kolejki. Przejście
przez granicę pieszo jest najlepszym wyborem, gdyż auta i autokary
tkwią najczęściej w długich kolejkach, a i sama odprawa jest
bardzo skrupulatna i trwa bardzo długo. Ucieszeni tym faktem szybko
łapiemy jakiś transport do Lwowa. Straszy Ukrainiec zabiera nas
swoim zdezelowanym busem. Za Mościskami zatrzymujemy się przy
pobliskim kantorze na stacji benzynowej, aby wymienić walutę.
Wszystko fajnie, ale okazuje się, że wysłużony busik mający na
liczniku milion przejechanych kilometrów odmawia posłuszeństwa i
nie chce odpalić. Nie ma rady, kilka pomocnych osób i odpalamy na
popych. Jedziemy jeszcze kawałek, gdzie z obawy przed dalszą jazdą,
przesiadamy się od innego znacznie lepszego pojazdu, który
organizuje nam kierowca. Dalsza podróż do Lwowa przebiega już bez
niespodzianek.
Lądujemy przed dworcem
głównym we Lwowie ok. godziny 11 czasu ukraińskiego. Do naszego
pociągu do zakarpackiego Wołowca pozostało jeszcze ładnych kilka
godzin. Postanawiamy więc, mimo ogólnego zmęczenia pozostawić
swoje bagaże w przechowali na dworcu i udać się na miasto na zakup
potrzebnego prowiantu w góry oraz nieco posilić się. Opuszczamy
imponujący gmach dworca głównego oddanego do użytku w 1904 roku,
a zaprojektowanego przez Władysława Sadłowskiego. Sala odpraw
podróżnych, poczekalnia czy restauracja dworca przytłaczają swoim
monumentalizmem. Na ścianach i sufitach znajdują się liczne
zdobienia, plafony i sztukaterie. Z zewnątrz długa na 160 m bryła
dworca w centralnej części ozdobiona jest rzeźbami i zwieńczona jest kopułami, które akcentują wschodni, orientalny klimat tego
miejsca. Na uwagę zasługuje także wielka ażurowa hala peronowa, która została wykonana przez Fabrykę Wagonów i Maszyn L.Zieleniewski, obecnie Autosan z Sanoka. Z praktycznych informacji warto zaznaczyć, że komunikaty na dworcu wydawane są w 3 językach: ukraińskim, polskim i angielskim.
![]() |
Lwowski dworzec kolejowy |
Do centrum Lwowa udajemy się tramwajem; wysiadamy na przystanku przy bazarku niedaleko gmachu Teatru i Opery Lwowskiej. Śmiem twierdzić, że w Polsce takich bazarów już nie ma. Można kupić tutaj dosłownie wszystko, od artykułów przemysłowych po spożywcze, takie jak mięso, sery i inne. Stoiskiem, które wabi fantastycznymi zapachami to kram z przyprawami z całego świata. Po zakupach wstępujemy do pobliskiego baru na piwo i czebureki – pierogi z ciasta z nadzieniem mięsnym, serowym lub ziemniaczanym smażone na głębokim oleju. Jest to tradycyjna potrawa krymskich Tatarów szeroko rozpowszechniona na Ukrainie.
![]() |
Na jednym z bazarów we Lwowie |
Podczas naszego pobytu na mieście pogoda znacznie się pogarsza, zaczyna padać deszcz i to dość mocno. Zaczynamy się zastanawiać, czy podobna pogoda panuje także na Zakarpaciu dokąd się udajemy. Nocleg w namiotach nie należy do najprzyjemniejszych podczas deszczu.
Ponownie na dworcu meldujemy się na ok. godzinę przed odjazdem. Odbieramy bagaż z przechowali, ostatnie zakupy, toaleta i udajemy się na peron. A na nim tłum ludzi. Najbardziej zwracają na siebie uwagę dwie cygańskie rodziny, które zgromadziły na peronie w wielkich worach chyba cały swój dobytek. Podjeżdża pociąg. Odnajdujemy swój wagon i sadowimy się na swoich miejscach.
![]() |
Mokre ulice Lwowa |
Jedziemy pociągiem zbliżonym do zwykłej elektriczki, choć to skład o nieco wyższej randze w rozkładzie jazdy. Teraz czeka nas ok. 3-godzinna podróż. Wszystkie miejsca w wagonie zajęte; robi się coraz bardziej duszno i ciepło. Zmorzeni zmęczeniem próbujemy w tak skrajnych warunkach cokolwiek się przespać. Za oknem pada nieustannie deszcz, lecz z każdym kilometrem słabnie. Pociąg przejeżdża przez cudownie malownicze doliny ukraińskich Bieszczadów; serpentyna toru wznosi się coraz wyżej aż osiąga przełęcz Beskid. Skład przejeżdża tutaj przez kilka tuneli i wiaduktów, by zjechać do zakarpackiego Wołowca.
Fragment linii kolejowej w okolicach przeł.Beskid
Z ulgą opuszczamy pociąg; odświeża nas zapach chłodnego i wilgotnego powietrza. Jest już po 19, a nas czeka jeszcze ok. 1,5h wędrówka na miejsce biwakowe. Nie ma na co czekać, szybko opuszczamy dworzec i za znakami czerwonymi kierujemy się w stronę połoniny Borżawy. W pewnym momencie – sami nie wiemy kiedy – dołącza do nas pies. Maszeruje z nami równo, nie chce odejść, ale nastawiony jest wyjątkowo spokojnie. Nie mamy za bardzo sił aby próbować go odgonić. Zostawiamy ostatnie zabudowania i wychodzimy na łąki na Wołowcem skąd roztaczają się piękne widoki. Dzień kończy się przepięknym zachodem Słońca. Niestety nie mam siły aby wyciągnąć aparat i uwiecznić go na zdjęciu. Na miejsce biwakowe przy strumieniu w lesie docieramy już o szarówce. Rozbijamy namioty, rozpalamy ognisko; szybki posiłek. Wszystko o czym marzymy to tylko ciepłe łóżko, a jeśli nie łóżko to przynajmniej ciepły śpiwór... CDN.


Wy po Ukrainie, ja po Włoszech prawie w tym samym czasie. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń