Wyjazd w Karpaty Wschodnie to dla mnie zawsze szczególne przeżycie. Okazja na ponowne ich odwiedzenie pojawiła się niespodziewanie 2 tygodnie temu. Po synchronizacji urlopów z Michałem i Magdą oraz po dość intensywnych przygotowaniach wybór pada na najwyższe pasmo ukraińskich Karpat czyli magiczną Czarnohorę.
Nasza górska podróż rozpoczyna się
tak naprawdę we Lwowie. Jeden dzień przed wyruszeniem w góry
postanawiamy przeznaczyć na pobieżne zapoznanie się z tym
wyjątkowym miastem. Dla mnie to już kolejna wizyta więc w
minimalnym stopniu staram się choć trochę zasugerować co warto
zobaczyć i jakie miejsca odwiedzić. Po dość intensywnym dniu
nocujemy w hostelu Lubin nieopodal dworca kolejowego. To ostatnia
okazja by przespać się w miękkiej i czystej pościeli, gdyż przez
najbliższy tydzień noce spędzać będziemy w śpiworach.
 |
Gmach teatru i opery we Lwowie |
 |
Dachy Lwowa |
Nasz pociąg relacji Charków –
Rachów „Władysław Zubenko” (imię jednego z zamordowanych
demonstrantów podczas Euromajdanu z tzw. Niebiańskiej Sotni)
okazuje się być odpowiednikiem naszego Intercity. Jak na warunki
ukraińskie to wysoki standard podróży, dla nas to co najmniej
odpowiednik zwykłego, niezbyt czystego pociągu pośpiesznego.
Dzięki zakupionych wcześniej przez internet biletów przybywamy na
dworzec nieco ponad 15 minut przed odjazdem i zajmujemy miejsca w
wagonie z miejscami siedzącymi drugiej klasy. W drugiej części
naszego wagonu znajduje się część restauracyjna oddzielona
stylową zasłonką. Mimo, że nasza podróż trwa ok. 6 godzin to
mija szybko na rozmowach; śledzeniu widoków za oknem czy popijaniu
czarnej herbaty, którą serwuje pani prowidnyk (konduktor).
Do Kwasów – małej zakaprackiej wioski – z której rozpoczynamy swoją wędrówkę docieramy ok 14. W raz z nami wysiada także inna grupka ukraińskich turystów, która także wybiera się w góry. Jest ciepło, a nawet gorąco, a nasze plecaki ważą dużo, bardzo dużo. Na szczęście nikt z nas ich wcześniej nie ważył, ale może to i dobrze; po co się dodatkowo demotywować.
 |
W Kwasach wysiadają też inni turyści |
 |
Nocny ekspress "Władysław Zubenko" relacji Charków-Rachów |
 |
I teraz rozpoczyna się nasza przygoda |
Przez Kwasy przechodzi szlak czerwony.
Z doliny Czarnej Cisy można się dzięki nimi dostać albo w pasmo
Świdowca, albo na grań Czarnohory. My wybieramy ten drugi wariant.
W tamtym roku miałem okazję już nim wędrować; teraz czas
powtórzyć ten wyczyn. Na początku szlak skręca w prawo z głównej
drogi i już pierwsze zmiany! W tamtym roku była tu jeszcze zwykła
gruntowa droga, dziś już równo wylany asfalt. Cywilizacja coraz
bardziej wdziera się w góry. Przy moście nad Cisą mijamy autokar
z dużą grupą turystów. Nieopodal znajduje się jakiś pensjonat i
restauracja skąd wracają hałaśliwymi grupkami. Z oddali daje
słyszeć się melodyjny głos sopiłki – rodzaju lokalnego fletu.
To dwaj starsi panowie siedzący na rozdrożu dróg umilają czas
turystom, a sobie alkoholem. Jeden z nich zwraca swoją uwagę
oryginalnym uzębieniem, składającym się z jednej jedynki. Panowie
biorą nas początkowo za Czechów, a później dowiadując się, że
jesteśmy z Polski próbują coś nam opowiadać o przebiegu dawnej
przedwojennej granicy.
 |
Kwasy leżą w dolinie Czarnej Cisy |
 |
Ze stacji musimy podejść kawałek do czerwonego szlaku |
Miłe początki. Nie zdążyliśmy
jeszcze opuścić wsi, a już tyle ciekawych sytuacji. Ponad
ostatnimi zabudowaniami mijamy ruiny dawnej turbazy. W jej okolicach
znajduje się wygodne miejsce na rozbicie namiotów. Dalej szlak
prowadzi nas cały czas w górę; częściowo lasem, częściowo
polami skąd roztaczają się pierwsze widoki na dolinę Cisy oraz
wyłaniające się zza drzew pasmo Świdowca. W oddali słychać
pomruki burzy; robi się duszno; idziemy mozolnie zlani potem. Na
szczęście burza przechodzi gdzieś nad Rachowem; dzięki czemu
temperatura spada i idzie się już o wiele lepiej.
Słońce wychodzi ponownie zza chmur w
okolicy Meńczuła Kwasowskiego. Znajduje się tu obszerna pasterska
staja; niestety pusta. Być może zwierzęta wraz ze swoimi
opiekunami zawędrują tutaj nieco później. W tamtym roku w lipcu
staja tętniła życiem; czy w tym roku będzie tak samo? Idąc
szlakiem napotykamy całkiem sporo plecakowych turystów schodzących
w dół; w końcu to koniec weekendu, więc i czas powrotu do domów.
 |
Pasterska staja pod Meńczułem Kwasowskim; w oddali Świdowiec |
Spod Menczuła Kwasowskiego szlak
prowadzi wygodnym płajem wśród zarośli i niskiego lasu. Po drodze
mijamy kilka wydajnych źródeł z których można zaczerpnąć wody
na dalszą część wędrówki. Z drogi roztaczają się piękne
widoki na położoną niżej Połoninę Szumnieską oraz leżące w
oddali szczyty Świdowca i Gorganów. W miejscu gdzie szlak prowadzi
szerokim zakosem schodzimy ze szlaku i kierujemy się stromym skrótem
by szybciej dostać się na przełęcz nad Nedeją na Połoninie
Szumnieskiej. W tym miejscu zaczepia nas pewien Ukrainiec zachęcając
do rozbicia się tutaj, gdyż jak twierdzi wyżej nie znajdziemy już
wody. Twierdzi, że „wy tam pomrete”; jego dziwne zachowanie
jeszcze bardziej utwierdza nas w przekonaniu, że nie warto się tu
zatrzymywać. Z doświadczenia zeszłorocznej wędrówki wiem, że
wyżej także znajdziemy wodę. Idziemy dalej; z przełęczy pod
Nedeją (1591 m.n.p.m.) pierwszy raz mamy okazję zobaczyć prawie
całą trasę naszej wędrówki. Szeroka panorama obejmuje od lewej
szczyt Pietrosa, dalej ledwo wystającą Howerlę oraz dalsze szczyty
głównej grani pasma Czarnohory. Bałwany chmur przewalają się
przez grań dodając jej malowniczości.
 |
Pierwsze spojrzenie na grań Czarnohory |
 |
Połonina Szumnieska - przełęcz pod Nedeją |
Krótki popas i regeneracja sił. Jest
już na tyle późno, że czas rozglądnąć się za noclegiem.
Szybkie spojrzenie na mapę; lokalizacja źródeł i idziemy. Z
oddali wypatruję dogodne miejsce na biwak poniżej kulminacji Hroby
(1871 m.n.p.m.), gdzie znajdujemy bardzo wydaje źródło wody. Stoi
tu już kilka namiotów. Znajdujemy zaciszne miejsce i rozbijamy
swój. Toaleta przy źródle i przygotowywanie posiłku. W
międzyczasie od strony Pietrosa schodzi kolejna grupka Ukraińców.
Następuje szybka integracja przy wspólnym ognisku i wspólne
śpiewy. My uczymy ich śpiewu po polsku, a oni po ukraińsku. Jak
się okazuje, Tamara jest absolwentką szkoły muzycznej i to ona
dyryguje całym towarzystwem. Wieczór przedłuża się i dopiero
przed pierwszą w nocy kładziemy się do śpiworów nieco
zmarznięci. Noc jest chłodna, bezchmurna, nad nami pięknie
rozgwieżdżone niebo oraz księżyc w pełni. Dookoła nas tylko
głęboka czerń i spokój gór Czarnohory; nigdzie ani jednego
światełka miasta czy wsi.
 |
Miejsce naszego pierwszego noclegu |
... w oddali wyraźnie także czerniały cielska wilków. Nabiłem strzelbę i szepcząc pacierz wlepiłem oczy w śpiwór... eech... zapowiada się calkiem interesująco, a gdyby nawet nie, to i tak nadrobię wyobraźnią, w końcu po coś ona jest. Zatem czekam na kolejną część z niecierpliwością wielką.
OdpowiedzUsuńHej! Piękne zdjęcia. Każdy tylko wakację za granicą a Polskie góry to idealny wybór na urlop, wystarczy tylko choć troszkę docenić to co mamy pod nosem
OdpowiedzUsuń